Właśnie się dowiedziałem,
że już leżysz.
Pod głuchym kamieniem.
I to niedaleko, gdzie i ja będę leżał.
Chyba o jakieś sześćdziesiąt metrów.
I to stało się już dawno.
Czemu już? Czemu dawno?
Niby wiadomo, że… Ale ten nagły cierń
zaskoczenia otwiera samotną przestrzeń.
Horyzont utraty. Jakoś kaleczy.
Potrzebny jest wdech głęboki.
Nie widziałem Cię czterdzieści pięć lat. Jakiej więc utraty?
Czego? Skąd odczucie bliskości pustki?
Skurczu krtani?
Niesprawiedliwości? Złości?
Okrucieństwa otchłani?
Bo to jest jak kradzież zuchwała.
A co kiedyś było,
to nie nasyciło.
Ciemność twoich oczu
moją ciemność spotkała.
Jabłonie nad nami kwitły biało
i może mogliśmy paść na kolana,
ale się gorzko przerwało.
(Jak wiesz).
A ja tu później dobrą robotę wykonałem.
Kocham. Kochałem.
Dobrze się wypracowałem.
I wyceniłem też.
Jako pragnienie, wola i osoba.
Może byłaś pewna, że tak będę śnić?
Już wtedy?
Może. Chyba.
No a właśnie ja pewny nie byłem.
Jakie to piękne i bezradne,
że do niczego nie da się powrócić.
No to wpadnę
kiedyś.