Paolo Sorrentino / Włochy, Francja / 2024

Nieczystość
Film Paola Sorrentina Parthenope jest w Polsce rozpowszechniany pod tytułem Bogini Partenope, tak jakby dystrybutor chciał nas sprowokować do szukania w tytułowej postaci boskich atrybutów. Parthenope to mitologiczna syrena, jedna z trzech, które swym śpiewem uwodziły żeglarzy, a oni – zauroczeni i oszołomieni – tracili orientację i rozbijali się o skały. Wtedy syreny ich pożerały. W filmie imię to nadano dziewczynce urodzonej w morzu u wybrzeża Neapolu.
Z tych narodzin na pograniczu żywiołów wynurza się postać, która przez resztę filmu będzie karmić się pragnieniami, słabościami i nadziejami innych. Sorrentino z mitu uczynił fundament opowieści, w której piękno nie oznacza światła, lecz nieczystość.
Tytułowa Partenope, grana przez Celeste Dalla Portę, to dziewczyna ładna, ale nie olśniewająco piękna. Jej uroda nie zbija z nóg, i właśnie przez to staje się bardziej niebezpieczna. To, co czyni Partenope tak niepokojącą, to właśnie zdolność do budzenia pożądania. Jej nadmiernie wydekoltowane suknie, zbyt bezpośrednie spojrzenia, fizyczny kontakt na granicy intymności – wydają się niedbałe, niemal dziecięce, a przecież wszystko to jest prowokacją. Jej gesty – zawsze na pograniczu tego, co dozwolone – są wyzywające, choć nie wulgarne. Karmi się spojrzeniami, ale nie bierze odpowiedzialności za uczucia, które wzbudza.
Partenope dotyka twarzy obcych mężczyzn, z rozbrajającą naturalnością pokazuje ogrodnikowi swoje piersi, bez cienia wstydu przechadza się nago po domu. Piękno, które reprezentuje, nie ma w sobie czystości. Nie jest to ani dziewiczość, ani świętość. To piękno głodne, nieczyste. Urok nie tyle erotyczny, ile pierwotny – przypominający mitologiczne byty, które nie znały grzechu, bo nie znały dobra i zła. Ich siłą była moc natury, nie sumienia.
Partenope uwodzi wszystkich. Także niektóre kobiety. Jej spojrzenia są jednocześnie niewinne i prowokujące, a jej dostępność – pozorna. Nie dla wszystkich jest jednak nieosiągalna. Ulega tym, którzy mogą być dla niej przydatni, lub tym, których zdobycie zaspokaja jej pychę – szefowi lokalnej mafii, nauczycielce aktorstwa, kardynałowi. Przekracza tabu – uwodzi własnego brata Raimonda (Daniele Rienzo).
Ich relacja, z początku czuła, przekształca się w niepokojący emocjonalny taniec na granicy kazirodztwa. Dziewczyna kładzie głowę na podbrzuszu brata, prowadzi jego dłoń na swój brzuch. Dotyka go i głaszcze. Pieści się i całuje w jego obecności, a później uprawia seks z jego kolegą. Nie robi tego w sposób całkowicie jednoznaczny – mimo to narusza zasady, których łamać nie wolno. Wszystko to wzbudza w Raimondzie gwałtowne uczucia, czego ona jest w pełni świadoma. Przestrzeń między nimi gęstnieje od emocji, od napięcia, od zakazanych pragnień. Dla brata Partenope staje się uosobieniem pożądania, ale też nienazwanego bólu i zamętu, zakazanym obiektem miłości. W końcu młodzieniec nie wytrzymuje tej emocjonalnej pułapki i popełnia samobójstwo. Skacze w przepaść i rozbija się o skałę – jak żeglarze z mitu.
Ten rodzaj piękna – nieczystego, niedefiniowalnego, poza dobrem i złem – fascynuje Sorrentina. W jednej z najmocniejszych scen filmu reżyser stawia swoją bohaterkę w centrum religijnego sacrum. Widzimy ją w skarbcu św. Januarego – głównego patrona Neapolu, męczennika chrześcijańskiego, którego relikwie i symbole otaczane są najwyższym kultem. Partenope ma na sobie ornat, mitrę, insygnia świętego biskupa – założone na nagie ciało. Kardynał Tesorone (w tej roli Peppe Lanzetta), którego wcześniej uwodziła, ma na sobie tylko czerwone majtki i krzyż na szyi. Ale to nie on panuje nad sytuacją. To ona – uświęcona przez złoto i najszlachetniejsze kamienie – staje się ołtarzem pożądania.
Rozchyla nogi i pozwala zaspokoić się pieszczotami, otulona najcenniejszymi klejnotami chrześcijaństwa. Skarb św. Januarego, gromadzony przez siedem stuleci, uważany jest za bardziej wartościowy niż te należące do angielskiej korony czy do carów Rosji. Partenope i kardynał kalają swoim wyuzdaniem święte miejsce. Nie czują lęku ani wstydu. Wstyd bowiem jest emocją tych, którzy uznają granice. Partenope ich nie ma, bo jej głód jest zbyt wielki. Jest wcieleniem ciemnych, brudnych impulsów.
Znamienne, że jedynym mężczyzną, który wydaje się odporny na wdzięki Partenope, jest pisarz John Cheever grany przez Gary’ego Oldmana. Tak jakby przejrzał jej grę, jej pragnienia i zagrożenie, które dziewczyna stanowi. Udaje mu się „zatkać uszy”. Zasłania się homoseksualizmem – być może zmyślonym – i nie wchodzi z nią, mimo jej wielu prób nawiązania relacji, w żaden emocjonalny kontakt.
Inni nie mają tej siły i świadomości zagrożenia. Profesor Devoto Marotta (w tej roli Silvio Orlando), który uczynił z Partenope swoją podopieczną i patronował jej karierze naukowej, zostaje przez nią porzucony. Dziewczyna nie przejmuje po nim katedry, nie kontynuuje drogi, którą przed nią otworzył. Bo Partenope się nie wiąże, nie przynależy, tylko zaspokaja głód. Karmi się wzbudzaniem podziwu, pożądania i pragnienia jej obecności. Nie zna źródła tego głodu i film również nie wskazuje go widzom.
Sorrentino splata piękno z rozpadem, sacrum z prowokacją, mit z codziennością. Bogini Partenope to film wizualnie wysmakowany, pełen przepięknych obrazów o niezwykłej intensywności. Oglądamy oszałamiające widoki architektury, morza i okolic Neapolu w pełnym letnim słońcu, tak jakby wspaniała pogoda trwała tam wiecznie.
A jednak za tymi obrazami pulsuje coś mrocznego: pytanie o to, czym naprawdę jest piękno i dlaczego, gdy prowadzi do zguby, tak rzadko odwracamy od niego wzrok. Dlaczego nie widzimy, że możemy się o nie rozbić. Piękno nie gwarantuje szlachetności i czystości, a brzydota nie musi być brudna. Wątek pełnej troski relacji profesora Marotty z jego synem, przerażającym, odpychającym olbrzymem, jest pewnym kontrapunktem tego filmu. Sorrentino pokazuje, że brzydota może iść w parze z odpowiedzialnością, empatią i czystością.
W ostatniej scenie Partenope, po zakończeniu kariery naukowej i przejściu na emeryturę, powraca do Neapolu. Widzimy jej beztroski uśmiech. Nie wie, że jej życie wypełniała nieczystość. Przypomina się wtedy zdanie, które wypowiedziała wcześniej: „Jestem Partenope, nigdy się nie wstydzę”. I rzeczywiście: nie sposób wstydzić się czegoś, czego sobie nie uświadamiamy. Syrena nie ma takiej świadomości, nie ma litości, nie ma sumienia. Ma tylko głód.
