Yorgos Lanthimos / Wielka Brytania, Irlandia / 2017
Ludzka miara kary
Co by się stało, gdyby ci, którzy zostali skrzywdzeni, dostali do ręki boską władzę wymierzania sprawiedliwości? Jak wyglądałby świat, w którym kara za grzech nie przychodzi po śmierci, ani na sądzie ostatecznym, ale tu i teraz – nieuchronna, zimna, wyrachowana, bez litości i bez możliwości odwołania? Czy ludzie, którzy stali się narzędziami takiej kary, uzyskując nadprzyrodzoną moc, poczuliby ulgę?
„Zabicie świętego jelenia” Yorgosa Lanthimosa to właśnie film o takim właśnie przypadku w którym ponadto nie ma boskiej interwencji w ostatniej chwili – jak w historii Abrahama i Izaaka, jak w micie o Agamemnonie, któremu bogini ostatecznie oszczędziła córkę, zastępując Ifigenię łanią, mimo, że zabił świętego jelenia w gaju Artemidy. Tutaj Bóg milczy. Nie powstrzymuje ręki. Nie cofa przeznaczenia. Kara się dokonuje. A człowiek zostaje zmuszony do najokrutniejszej decyzji – kogo poświęcić, aby ocalić resztę najbliższych.
Steven Murphy (gra go Colin Farrell) to uznany kardiochirurg, przykładny mąż i ojciec, prowadzący życie zorganizowane, wygodne i pełne rutyny. Rodzina funkcjonuje jak precyzyjny mechanizm. Ma piękną żonę Annę (w tej roli Nicole Kidman), z którą uprawia seks pełen dziwacznych fantazji. Mają dwoje dzieci: nastoletnią Kim (Raffey Cassidy) i młodszego Boba (Sunny Suljic).
Od pewnego czasu w jego otoczeniu pojawił się Martin (Barry Keoghan) – dziwny, niepokojący chłopak, którego ojciec zmarł na stole operacyjnym właśnie podczas zabiegu prowadzonego przez Stevena. Na początku wydaje się, że Steven chce się jakoś zrehabilitować wobec tego, co się zdarzyło – zaprasza chłopca do domu, kupuje mu prezenty, wprowadza w świat swojej rodziny. Relacja między nimi wydaje się jednak męcząco osobliwa. Martin, z pozoru niezręczny i niegroźny, stopniowo zaczyna przejmować nad rodziną Murphych złowrogą kontrolę. Mówi Stevenowi, że jego dzieci zachorują. Najpierw przestaną chodzić. Potem przestaną jeść. Potem zaczną krwawić z oczu. Wydaje się to nieprawdopodobnym absurdem. Steven nie wierzy. Ale dzieci faktycznie zaczynają chorować. Upadają. Odmawiają jedzenia. I tak, rzeczywiście – z oczu płynie im krew.
Martin tłumaczy Stevenowi, że to nie przypadek. To kara. Za śmierć jego ojca. Steven musi za karę dokonać wyboru – poświęcić i zabić jedno ze swoich dzieci (albo żonę), aby reszta przeżyła. Jeśli nie podejmie takiej decyzji, wszyscy oni umrą. Jak jednak człowiek miałby obliczyć karę proporcjonalną do winy, sprawiedliwą i stosowną? Martin chce, aby Steven cierpiał tak jak on i sam był bezpośrednim sprawcą tego cierpienia. W takiej sytuacji kary nie można uznać za sprawiedliwą, bo cierpieć będą żona i dzieci, którzy są przecież niewinni. Cierpieli by także, gdyby zabity został Steven. Lanthimos doprowadza nas do przekonania, że ludzie ludziom kary sprawiedliwej za winy najcięższe wymierzyć nie są w stanie. Ten film to nie jest więc chrześcijańska wizja winy, kary i przebaczenia. To pokazanie mechanizmu kary wymierzanej z automatu „na żądanie”. Przypomina to starogrecki los, ślepy i bezduszny. Rodzaj fatalizmu w którym nie ma niuansów ani okoliczności łagodzących.
Steven prawdopodobnie popełnił błąd podczas operacji – był może pod wpływem alkoholu, może zlekceważył ryzyko. Ale nie chciał świadomie zabić. To był wypadek. I właśnie dlatego kara wydaje się niesprawiedliwa. Przede wszystkim jednak przez to, że zapłacić życiem ma za to ktoś zupełnie niewinny. I bezbronny. Steven jest winny, ale nie dokonał tego celowo. Jednak Martin nie przyjmuje tego do wiadomości. On nie zachowuje się jak człowiek – jest demonicznym egzekutorem. Ma nadprzyrodzoną moc nieznanego pochodzenia i używa jej bezlitośnie. Jego smutek w ostatniej scenie, gdy patrzy na rodzinę Murphych spotkaną przypadkowo w barze jakiś czas po dokonanej ofierze, ma coś z ponurej melancholii. Jakby wiedział, że świat po takim akcie już nie będzie ten sam. Jakby zrozumiał, że zła złem naprawić się nie da. Ta okrutna kara nie da mu szczęścia.
W „Zabiciu świętego jelenia” obserwujemy też coś jeszcze – degradację moralną, która postępuje wraz z narastającym strachem. Instynkt przetrwania wygrywa z człowieczeństwem. Anna całuje stopy Martina chcąc go przebłagać. Steven, który początkowo próbuje negocjować, błagać, w końcu się łamie. Przechodzi od uległości do brutalnej kalkulacji. Próbuje przekupić Martina. Bije go. Wreszcie sięga po broń – i po ostateczność: ślepą ruletkę. Zasłania oczy i strzela na oślep, aż w końcu ginie Bob – jego syn. Świadomość zbliżającej się śmierci jako ostatecznej kary degraduje człowieczeństwo. Jest w tym filmie manifestacja bezsilności wobec losu. Najważniejsze decyzje „podejmuje” przypadek, jakby człowiek nie miał już żadnego wpływu na to, co się dzieje. Strzał na ślepo jest przecież symboliczną kapitulacją przed losem, fatum, bezosobową siłą. Steven nie jest już lekarzem, nie jest ojcem, nie jest mężczyzną. Jest marionetką.
Yorgos Lanthimos od początku tworzy kino, które rozgrywa się na pograniczu mitu, absurdu i horroru egzystencjalnego. Film ten jest precyzyjnie wyreżyserowanym moralnym eksperymentem. Pokazuje, co dzieje się z człowiekiem, gdy zderza się z sytuacją bez wyjścia. Co robi matka, gdy musi wybierać między dziećmi? Co robi ojciec, gdy jego rola opiekuna zamienia się w rolę kata?
Colin Farrell gra Stevena z zimną, mechaniczną precyzją. To człowiek odcięty od emocji, próbujący zarządzać katastrofą jak operacją – precyzyjnie, logicznie, bez rozpaczy. Nicole Kidman, w roli Anny, jest równie chłodna, ale w jej oczach widać cień paniki. Barry Keoghan w roli Martina jest niezwykły – niepokojący, przerażający, a jednocześnie dziecinnie bezbronny. Nie jest typowym złoczyńcą. Jest kimś pomiędzy aniołem zemsty a psychopatycznym chłopcem – jego zachowanie jest nieludzkie, ale też nie całkiem sadystyczne.
Film zamyka chorał z Pasji wg św. Jana J.S. Bacha:
„Panie, władco nasz,
Twoja chwała szerzy się po krańce ziemi!
Przez Swą mękę pokaż nam,
żeś Ty Boży Syn prawdziwie,
choć najbardziej poniżony,
Tyś na wieki wywyższony!”
Czy więc Lanthimos uważa, że ostatecznie nie ma ludzkiego sposobu na odkupienie ludzkich ciężkich grzechów? Że tylko w chrześcijaństwie jest rozwiązanie i odpowiedź? Być może właśnie tak.
Człowiek który został zraniony a otrzymał nadprzyrodzoną moc może jej użyć do strasznej kary i jeśli ją wymierzy sprawcy, świat wcale nie stanie się bardziej sprawiedliwy. Nie będzie w nim mniej zła lecz więcej. I bezradne milczenie.