Prześniłam (czytając) ten tom wierszy kilkakrotnie. Jak we śnie, który jest przecież jednym z głównych motywów tego utworu, próbowałam oswoić się z bogactwem jego symboliki. Tu od razu skojarzenie wywołane owym motywem snu, nasuwające pytanie: czy nasze życie, o którym sądzimy, że jest jawą, nie jest w swej istocie snem? – dylemat wybitnego poety, jednego z moich ulubionych, Józefa Czechowicza, obecny w jego twórczości od początku do końca. Co więc ujrzałam, wędrując sennie przez ten tom?
Przede wszystkim filozofa w na tyle dojrzałym wieku, że można obejrzeć się w treściwe PRZED i zadać sobie pytanie o sens PRZED. To filozof rozumiejący smutek – bazowy smutek wszechrzeczy, jak choćby w wierszu „Kot i mysz”:
śmierć myszki, która oślepła ze starości,
jest przykładem stęchłego smutku świata,
chrzęst strachu, który go wypełnia,
stanowi tło, zaprzecza,
wyciska łzy z oczu,
wyśmiewa nasze pytania
Ów fundamentalny smutek, jest mi, nie kryję, bliski. Kiedyś z Łukaszem Nicpanem odkryliśmy, że według tego kryterium (co nie znaczy, oczywiście, że pisarz bazowego smutku nie potrafi się śmiać, ten pozbawiony go – płakać) można by pisać na nowo biografie artystów. Szczególnie ujmują wiersze o smutku dzieciństwa („Mój chłopcze! Nigdy się nie rozstaniemy”), zwykle kojarzonego z sielskością i „Bez końca”:
To, czym rzucono w ciebie,
gdy byłeś dzieckiem,
wciąż leci w twoim kierunku,
wciąż leci
Filozof rozumiejący smutek wszechrzeczy tworzy poezję z zadrą, cierniem – pamięcią cierpienia Wszystkiego. Nie ma takiego krajobrazu, nie ma takiej emocji i takiego pytania, które na kartach tomu nie przeglądają się w tej zadrze (np. „Truskawki” ze wstrząsającą pointą „Ale i to nie wyłupi oczu/ szczurom pamięci”). Duch zadry przenika tę poezję także wtedy, gdy Autor zadaje swemu umysłowi prowokacyjne doświadczenia intelektualne i gry z wyobraźnią („A jeśli ja już nie żyję?”), kiedy podmiot liryczny wznosi się, by zostać świadkiem siebie i dzieli się kapitalną myślą:
Bo może rany zawsze odpowiadają
naszym upragnionym ciosom?
Świat w tej poezji – gdy z atencją obserwuje się naturę – przemawia „językiem pięknym, lecz niezrozumiałym”. Jest „otwartą przestrzenią, z której nie ma wyjścia” („Spacer”). Świat dusi i dławi – gdy przypatrujemy się mu przez pryzmat zapyziałej mentalności i brzydoty prowincji, jak w wierszu „Miasta pokrętne”, który oprócz pysznych poetyckich fraz („w takich miastach tylko błękitnienie myśli/może być ocaleniem”) zawiera też błyskotliwe wejrzenie socjologiczne. Świat wewnętrzy w tej poezji – gdy staniemy z sobą w prawdzie – odsłania nieprzebrane pokłady bólu i mroku, z których „nagle przychodzą i skaczą do gardła/suki lodu”. Bóg w tej poezji – wszak filozofowi nie sposób umknąć od zagadnień eschatologicznych – jeśli istnieje, to w ścisłej, immanentnej relacji z człowiekiem. By zaufać Bogu (odnaleźć Go), trzeba najpierw zaufać sobie. Taka perspektywa dotyka istoty każdej wiary – bo czy możliwa jest wiara bez zanurzenia się we własny kosmos emocji, pragnień, potrzeb, by z pełną odpowiedzialnością przyjąć zgodę na Boga, również w sobie?
Pobrzmiewają w „A jeśli ja nie żyję?” wytrawne muzyczne tony (saksofon Scotta Hamiltona, Chopin, Vivaldi) i malarskie wizje:
Późną biel rozchlapuje
na niebie wiatr.
Wkoło futra traw
(…)
zanikająca moc płynnych
brązów, żółci i czerwieni
chłód tego ognia. Ich gasnące płomienie
Wreszcie jest to poezja PIĘKNA – choć znakomita sztuka, aby zyskać status wielkości – nie musi być piękna (jak np. ostatnie kompozycje Beethovena). Tom „A jeśli ja już nie żyję?” przy całym powikłaniu
i głębi treści wprowadza czytelnika na poziom piękna najczystszego, tam, gdzie wypływa źródło wzruszenia. Wiersz „Sukienka, czyli trzeci wiersz o matce”, w którym syn wciela się w matkę i chroni ją w swoim brzuchu (tylko miłość i poezja potrafią czynić takie cuda!) zaliczam do najpiękniejszych liryk w historii literatury. Piękne w swej nieoczywistości są metafory, jakimi jest ta książka nasycona. A to przykłady: „Popiół nieba kołyszący się jak skrzydła potężnego ptaka”, „Twój biały motyl szedł mi po ręce”, „Błękit (…) jest kwadratem, który pachnie, smakiem liczby, melodią światła…”, „liście sekund drżą”, „Świat wokół jest błękitnymi kroplami snu”.
Z miejsca, w którym Autor buduje swoją poetycką narrację (z brzemieniem WSTECZ
i z niewiadomą PRZED), niczego się już nie musi. Poeta Krzysztof Budziakowski nie musi nikomu ani niczemu przypodobywać się, czegokolwiek udowadniać, nikogo kokietować. Jest, jaki jest: NAD(wrażliwiec) o złożonej, bujnej duszy, „człowiek samotnej pustyni”, choć nie sam (mąż, ojciec, dziadek), samowłasny. Stąd zapewne wyczuwalny w tym tomie ton niekokieteryjnej nonszalancji i szczere pytanie z tytułowego wiersza: „Co więc teraz jest moją osobliwą powinnością?”. Czytelnikowi odpowiedź nasuwa się sama: obdarowywać czas, jaki jeszcze pozostał, tą frapującą poezją, albowiem – mimo że nikt nas do tego nie zmusza – winniśmy podążać za przypisanymi nam talentami, czym również dajemy wyraz odpowiedzialnego człowieczeństwa.
Nie sposób nie zwrócić uwagi na jeszcze jedną cechę tomu – to spokojna, lecz wyraźna nuta nieprzemądrzałego mentorstwa, obecna w tu i ówdzie pojawiających się zwrotach, bezpośrednio skierowanych o odbiorcy: „Powiadam wam”, „tak to więc wygląda moje dziecko”. Ton mentorstwa wręcz pokornego, bo potrzeba dystansu do siebie, a także zdrowego poczucia własnej wartości, by wyznać:
Nie zdemaskuję już Tajemnicy Świata.
Zbyt dużo czasu upłynęło.
Bez przebłysku.
Euforii wglądu.
Tylko mgła
(„Epilog”)
Dlatego wierzy się Poecie, gdy na pocieszenie pozostawia nas z przesłaniem, że są na tym świecie rzeczy dobre, które objawią się, jeśli zdołamy przestrzegać prostych zdawałoby się, jednak w wymiarze metafizycznym wielce znaczących zaleceń („Trzy przykazania”):
Odmierzaj chleb.
Remontuj łódź.
Módl się jedną sylabą.
A co to za sylaba, niech się każdy domyśli.