Kiedy poezja przychodzi po człowieka dojrzałego, to idzie na palcach, ostrożnie.
Dwudziestolatek spontanicznie pisze wiersze dobre albo złe a czasem (rzadko) nawet znakomite. Inaczej niż ktoś, kto dużo już przeczytał, dużo przeżył, sporo przemyślał i sporo widział. Ktoś taki, jeśli się cudzym słowem inspiruje, to z pełną odpowiedzialnością, jeśli formę kształtuje w określony sposób, to wie co robi i dlaczego.
Myślałam o tym patrząc na okładkę z tytułem „A jeśli ja już nie żyję?”
– Co za wspaniały tytuł!
– Znów wspaniały tytuł. Debiut poetycki Krzysztofa Budziakowskiego, tomik z 2020 roku, też pięknie był zatytułowany „Choć nasze łodzie przeciekają… notatki lipnickie…”
Jeszcze zanim czytelnik zajrzy do środka, wie że miał będzie do czynienia ze słowem wyrafinowanym, zakorzenionym w języku kultury. Tak jest w istocie.
Wiersze Budziakowskiego są kunsztownie celebralne. W opozycji do irytującej emocjonalności naszych czasów imponują – i zadziwiają – spokojnym chłodem.
Jeśli żywioł poezji, psalmodia czy rytm, obraz lub zapachy, opanowują materię wiersza, jeśli prosta sensualność jawi się zbyt ponętnie, jeśli nazbyt łatwo budzą się skojarzenia z tym, co zapamiętaliśmy, autor przecina ułudę ostro, skalpelem. Te wiersze są zapisem permanentnej czujności: nie dać się spowić łatwiźnie, nie poddać otuleniu kojącymi słowy, strzyc uszami w nasłuchiwaniu fałszywych nut.
Czasem ukazuje nam pejzaże, truskawki lub dziewczynę, ale nie bezinteresownie, bo przecież chodzi o pejzaże myśli, truskawki-bąbelki stają się zakładnikami ‘szczurów pamięci’, a wspomnienie kuzynki ubranej w waniliową mgiełkę uczy, że ‘pierwsze pęknięcie serca nigdy nie jest ostatnim’. Bo Budziakowski bardziej rozszczepia świat, niż go opisuje. Nie maluje, jest grafikiem, który słowem operuje w technice mezzotinty.
Recenzja opublikowana na facebooku 4.04.2025 r.