Piotr Wiktor Lorkowski
Krzysztof Budziakowski
A jeśli ja już nie żyję?
Wydawnictwo Austeria
Kraków–Budapeszt–Syrakuzy 2025
Jednym z kluczowych pojęć drugiego zbioru wierszy Krzysztofa Budziakowskiego jest świadomość. Jej granice, horyzonty i stany wahają się pomiędzy ulotnym zapytaniem, późnym a skupioną maksymalną uwagą potęgującą poczucie obecności w konkretnym miejscu i czasie, w świecie będącym „otwartą przestrzenią, z której nie ma wyjścia” (Spacer). Najważniej poeta chciałby uświadomić sobie samego siebie, czyli wolność od wypowiadanych już treści. Na razie z ograniczonym powodzeniem, funkcjonowanie świadomości podszczepia jeszcze to, co pojawia się w jej przestrzeni. Musi więc poprzestać na stwierdzeniu: „Jestem świadomy, że jestem tego świadomy. Zwierciadło odbija się w zwierciadle” (Obecność), świadomość w mojej świadomości – rozkoszny ciężar przyjemnego bycia w świecie, wniknąć w głąb jego wielowarstwowej materii uformowanej w żywe, kruche, bezwzględnymi instynktami, drapieżne organizmy.
Poezja Budziakowskiego przyjmuje ten fakt do wiadomości nie bez poczucia bezradnej melancholii (Kot i mysz). Potem szuka w porządku rzeczywistości śladu atomów tworzących strukturę przeznaczoną do wiecznego trwania w rozmaitych, zmiennych konfiguracjach, jednolitych co do swej natury, zdynamizowanych w ustawicznym przepływie nieskończoności (Ziarna). Nie poznajemy tej prawdy w samej jej istocie, czego autorowi podświadomie żal chyba. Bo instynktownie budzi w nim mimo deklarowanego agnostycyzmu, metafizyczną tęsknotę. Więc medytując, ciszej się bawi barwami, zapachami, smakami. Dojrzałe podejście do rzeczywistości każe mu docenić, do pewnego stopnia, łagodzące jej wewnętrzne rozterki w chwilach, kiedy dociera do niego, że pełne poznanie tajemnicy świata nie stanie się jego udziałem, że każdy wysiłek, który uczyni dla jej zgłębienia, zakończy się fiaskiem. Wtedy uświadamia sobie ważną, choć pozór skromną prawdę. Są jednak rzeczy dobre: „wiejski chleb z białym serem, zdziwienie ludzi, głębia oczu psa, La Follia Vivaldiego (a zwłaszcza gdy tańczy do niej Robbin Gilbert z Carlos Fittante), nocny zapach cedru. I jej uśmiech, i rum Barceló Imperial – wiersze z cytryn”. „To zaś za rzeczy dobre wypada podziękować, wzbudzać w sobie prostą wdzięczność kogoś, kto został hojną obdarowany. Jak gdyby po to, aby choć na moment mógł zapomnieć o dręczących go niepokojach.
Znajduje tutaj bowiem wiersze niespokojne, schodzące w czeluść bycia, powstające w cieniu pytań o jego sens, dawnych przeżyć i przeczuć wywołujących kulę przykrych wspomnień. W krótkich wersach zmagają się bohater bytu i śmierci, a już czekają na jego pytania: natarczywe, natrętne. Pyta go rozwiedzioną egzaltację nieba? Z lęki płynące z marzeń nocy? Pytania zaganiają go jak stado po ulicy w Bochni. Swoje odpowiedzi dopomina się dawno zapoznana miłość (Mój chłopiec! Nigdy się nie rozstaniemy!). I czas, który okazuje się najbardziej nieprzyjazny nie wtedy, gdy przemija, ale wówczas, gdy nie pozwala zamknąć niespełnionego uczucia (Bez końca).
Gdzieniegdzie pobrzmiewają tu tonacje biblijne, stafoskopowe, mizosłowne. Chwilami wypróbowuje poeta możliwości stylu wysokiego (Ballada patetyczna). Utwory intrygują tajemnicą (Syndrom cudu niemieszkańców) albo dwuznacznością (Wiersz o alkoholu). Tekstowe ja Budziakowskiego z całą pewnością żyje, skoro umie dotknąć sedna egzystencjalnego niedosytu. Jednakże głos poety zabrzmi bardziej przekonująco, jeśli w przyszłości obmyśli wyraźniejsze typy, śmielsze, bardziej metaforyczne dopełnianie swoich utworów; zmieni ich nadmiar „krótkich metafor” oraz oszczędniej obchodzić się będzie z wielokropkami, znakami pauzy i innymi współczesnej poezji, osłabiającymi energię lirycznego monologu.
Recenzja z miesięcznika „Topos”
